polityka, media, ulica
Zdjęcie w tytule by:
RSS
poniedziałek, 17 maja 2010
polityczny banał

Postanowiłem zrobić sobie chwilę przerwy od polityki. W pewnym momencie doszło do mnie, że słuchając, oglądając i czytając o kampanii, czy kandydatach czuję się, jak bohater filmu „Dzień świstaka”. Codziennie to samo. Dziennikarskie wróżki, internetowi guerillas czy polityczni partyzanci od momentu rozpoczęcia kampanii powtarzają w kółko to samo. Czy jeden z kandydatów gra żałobą czy raczej to żałoba gra nim. Czy drugi kandydat zrobił dobry ruch mówiąc o tym tak a nie inaczej i czy przypadkiem nie ściągnął tego z internetu. Czy trzeci kandydat zaczął handlować owocami pod fabryką i czy to jest jego pomysł na uzdrowienie gospodarki. Czy w finale zawodnicy wybiorą szable czy raczej pistolety na wodę. Codziennie spotykam ludzi, którzy na widok pierwszych stron dzienników jedyne, co potrafią z siebie wydobyć to – cytując Adasia Miauczyńskiego – siarczyste „Dżizus, ku**a, ja pie***lę”.

Wajda wspominał coś o wojnie domowej. Władysław Bartoszewski o hodowli zwierząt futerkowych. Małgorzata Napieralska wygrała konkurs na „idealną kandydatkę na pierwszą damę” organizowaną przez portal plotek.pl. Palikot założył okulary. Kluzik-Rostkowska wypiękniała na potrzeby kampanii. Bielan schudł. Rusofoby, germanofile a w tle kościół katolicki. Poncyljusz przeprasza. Sobala krzyczy na wiecu. Internetowe wywiady, czaty i strony kandydatów. Pani Znana czy pani Nieznana na RPO. Publicyści, eksperci, komentatorzy. Łajdacy w poezji i poezja łajdacka.

I niech ktoś powie tym zalanym, w południowej Polsce, ludziom, że 20 czerwca ich wybór coś zmieni. Dżizus, ku**a, ja pie***lę.

Peace out!

środa, 12 maja 2010
konsekwencja grzegorza
Jestem pewien, że Grzegorz Napieralski wygra wybory prezydenckie. Przy konsekwencji jaką prezentuje on - Grzegorz Napieralski - oraz formacja go - Grzegorza Napieralskiego - popierająca jestem w stu procentach przekonany, że wybory rozstrzygną się na korzyść kandydata SLD.
 
Przeglądając wczorajsze Metro (nr 1829, 11.V.2010) z wielką ciekawością przeczytałem wywiad Grzegorza Napieralskiego zatytułowany "Wierzę, że wejdę do drugiej tury". Piszę 'z ciekawością' bo w dalszym ciągu mam nadzieję, że kandydat lewicy zdoła mnie czymś do siebie przekonać niż tylko internetowymi bruderszaftami. Ale do rzeczy.
Przeprowadzający wywiad Mariusz Jałoszewski: Jak będzie wyglądała kampania?
Grzegorz Napieralski: Na pewno nie będę atakował, bo mam dość brutalnej polityki. Dziś aż 90 proc.energii polityków idzie na jałowe spory, rozdrapywanie historii, szukanie haków, zajmowanie się IPN i teczkami. Chcę rozmawiać o konkretach, ale nie ma jak, bo Komorowski nie chce debaty. to jest demokracja? To jest tchórzostwo! To są wybory czy plebiscyt? Wmawia się ludziom, że przecież mogą wybierać między Komorowskim a Kaczyńskim. A to jest wybór między prawicą a prawicą. To znów jest wybór mniejszego zła. Przecież obaj panowie różnią się tylko drobiazgami. Razem budowali IV RP, razem tworzą ustrojową koalicję, która powołała do życia IPN czy CBA. 
 
No cóż Grzegorz. Jestem prawie pewien, że nazywanie innego kandydata tchórzem i obarczanie go o współudział w budowie czegoś, co w głowach dużej części Polaków urosło niemal do rangi państwa totalitarnego jest atakiem. Co prawda nie aż tak hardcorowym, jak mówienie o kimś, że ma krew rękach. Poza tym nie chcę ci w tym momencie przypominać, że 'medialna koalicja' twojego ugrupowania z PiS dopiero w tym momencie przyczynia się do budowy IV RP. Także zarzucanie komuś "popełnienia przestępstwa budowy IV RP", w którym samemu brało się udział jest, mówiąc najdelikatniej, niezręczne?
 
Poza tym powiedz mi Grzegorz, co z tym komitetem honorowym? Jest czy go nie ma? Będzie czy nie? Tłumaczenie twojego kolegi posła Ryszarda Kalisza o nieracjonalności powoływania go w sytuacji, gdy inne sztaby organizują gwiazdy wszelkiej maści, żeby tylko pokazać poparcie wypada dosyć blado, nie sądzisz? Mam dziwne wrażenie, że zwyczajnie nie udało ci się nikogo do siebie przekonać. 
 
No i w końcu ten plakat. 'Grzegorz Napieralski na Prezydenta RP'. O co chodzi z tym 'na'? Czemu nie wytłuściłeś ostatniej litery w wyrazie 'Prezydenta'? W końcu kandydujesz na urząd czy już nim jesteś (prezydentem)? Czyżbyś zapomniał, że już mieliśmy dwóch kandydatów, którzy ogłosili się kolejno premierem (z Krakowa) i prezydentem (z Gdańska)? Zdecyduj się. Bo na sam koniec dnia może się okazać, że twoje wysiłki zapobiegające powrotowi IV RP przyniosły całkiem odwrotny skutek. A tego byśmy nie chcieli, prawda?
 
Peace out!
 
Cały wywiad Grzegorza Napieralskiego do przeczytania na:
http://www.emetro.pl/emetro/1,85648,7865390,Napieralski__Wejde_do_drugiej_tury.html
 
niedziela, 09 maja 2010
polityka miłości?

Kaczyński przemawia do przyjaciół Rosjan”. Taki oto tytuł zobaczyłem na stronie TVN24. Pierwsza myśl, jak mi przyszła do głowy była... No właśnie. Jak to przyjaciół Rosjan? A krew na rękach? A zamach? Solidarni 2010? Odwiedziny u Tadeusza Rydzyka? Zaraz, zaraz. Następną rzeczą jaka mi przyszła do głowy to Szymon Majewski. Szymon Majewski Show, na bank – pomyślałem. Przecież Jarosław Kaczyński, ten sam, który stawiał pytania o sens zapraszania Putina na obchody rozpoczęcia II Wojny Światowej na Westerplatte, nie ma żadnych przyjaciół Rosjan. Ktoś chce mnie zrobić w konia i to w samym środku kampanii prezydenckiej. Aha, kampania. No tak. Teraz się wszystko wyjaśnia. Ta malutka gwiazdka, która odsyła do formułki zapisanej na końcu umowy. Ten drobny maczek rozsypany tak, że nawet przez najlepsze szkło powiększające ciężko jest cokolwiek odczytać. Dopiero po fakcie mamy pretensje, że zostaliśmy oszukani. Złorzeczymy na sprzedawcę czy bankowca, który udzielił nam kredytu. Oni jednak z rozbrajającym uśmiecham odsyłają nas do klauzuli, pod którą przecież sami się podpisaliśmy: Materiał KW kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Jarosława Kaczyńskiego ulica Nowogrodzka 84/86, 02-018 Warszawa. W końcu mogę spokojnie zacząć oglądać pierwszy, oficjalny spot reklamowy Jarosława Kaczyńskiego.

Ale na poważnie. Przypomina mi się film „Fakty i akty”, w którym, aby zatuszować skandal seksualny Prezydenta wywołuję się wojnę. W przypadku prezesa PiS mamy do czynienia z tuszowaniem – czy raczej re-tuszowaniem – całego dotychczasowego wizerunku politycznego. Tutaj jednak zamiast wojny używa się miłości. No cóż, skoro jednej partii się udało, dlaczego miałoby się nie udać drugiej.

Peace out!

piątek, 07 maja 2010
problem komorowskiego

Hunter Thompson napisał kiedyś, że aby odnieść sukces w polityce należy, albo posiadać osobowość wrednego dinozaura, którego potężna maszyna polityczna wystraszy wszystkich innych kandydatów albo uderzyć w emocje tych wszystkich niezadowolonych i sfrustrowanych, którzy juz dawno porzucili ideę, że głosowanie jest naszym obowiązkiem. W przypadku Jarosława Kaczyńskiego sprawa jest prosta. Od momentu ogłoszenia, że brat zmarłego Prezydenta bedzie ubiegał się o urząd pojawiła się dziwna atmosfera niepokojącego oczekiwania. Wszyscy zaczęli zastanawiać się co Kaczyński zrobi. Milczenie Kaczyńskiego jeszcze bardziej tę atmosferę potęgowało. Dziennikarze, komentatorzy i publicyści, snując przypuszczenia o następnym ruchu prezesa PiS-u, zachowywali się tak jakby oczekiwali podpalenia Raichstagu. Zresztą sam Jarosław Kaczyński, jakby zdawał sobie z tego sprawę. Stąd zapewne decyzja o "sesji zdjęciowej" w "Super Expressie" oraz wyjątkowo krótkie wystapienie na konferencji prasowej ogłaszające ilość zebranych podpisów.

O ile w przypadku kandydata PiS sprawa wydaje się w miarę jasna oraz tego typu zachowanie może być w jakimś sensie usprawiedliwione, o tyle w przypadku Bronisława Komorowskiego już tak nie jest.  Niewątpliwie plusem Kaczyńskiego jest fakt, że po pomysłach z IV RP, łże-elitami i frontem z gazetą "Fakty i Mity" na czele przy okazji wyborów może on w wyraźny sposób pokazać swoje przejście na "jasną stronę" bycia prezydentem wszystkich Polaków. Nie chodzi  mi w tym miejscu o powoływanie się na wyrazistość czy "charyzmę". Jak dotąd nie zauważyłem, żeby którykolwiek z polityków startujących w wyborach ją miał. Problem Komorowskiego polega na tym, że nie ma on - posługując się językiem marketingowców - konkretnego "targetu". Nie wyobrażam sobie kandydata PO "wylaszczającego" się na okładkach magazynów, próbującego zachecić do siebie uzytkowników Facebooka czy Twittera. Nie wyobrażam sobie również Komorowskiego starającego się przeciągnąć na swoją stronę tę część elektoratu, dla których katastrofa pod Smoleńskiem urosła do rangi mesjanistycznego mitu.

Problemem Komorowskiego jest również to, że nie potrafi on wytworzyć wokół swojej osoby swoistego wrażenia "głosu ludu". Nie ma on przebojowości grającego w piłkę Tuska. Z kolei ton patriotyczny został niejako "zawłaszczony" przez PiS i każda próba uderzenia w jego odcień kończy się zazwyczaj posądzaniem o hipokryzje. Wygląda na to, że PR-owcy Platformy będą musieli się nieźle napocić.

Jedynym elektoratem, na który Bronisław Komorowski może liczyć jest na jego nieszczęście elektorat Donalda Tuska. Elektorat dosyć spory i wierny, który jednak w ostateczności może okazać się dla Komorowskiego gwoździem do trumny.

Peace out!

niedziela, 02 maja 2010
zaklinanie rzeczywistości

Od jakiegoś czasu z pasją szaleńca słucham w radiu wszelkiego rodzaju programów typu „loża komentatorów”. Nie ważne czy jest to Tok FM, Trójka czy Radio Maryja. Uważam, że radio, wbrew pozorom, ma o wiele większą siłę oddziaływania na ludzi niż telewizja. Wszystkie te znaczące przerwy w wypowiedziach, cisza na antenie czy delikatne westchnięcia dezaprobaty. Prawie, jak u Hitchcocka. Oglądając telewizyjną debatę, w moim odczuciu, człowiek skupia się bardziej na obrazie, niż na przekazie. Górę biorą osobiste sympatie/antypatie („Jak ja tej jego mordy nienawidzę!” itp.). Telewizor ma również to do siebie, że łatwo się przed nim zasypia.

Brzmi fajnie. Jednak godziny słuchania wszechwiedzących redaktorów sprawiły, że zauważyłem jeden mankament w ich wypowiedziach. Pozornie nic nieznaczący, jednak niezbędny do uświadomienia sobie, że większość rozmówców tego typu programów usilnie zaklina rzeczywistość używając swoistych słów kluczy/zaklęć. O ile w telewizji usłyszeć możemy zazwyczaj polityków bądź redaktorów prowadzących operujących krótkimi komentarzami, o tyle w radiu sprawa ma się zupełnie inaczej.

Nie miałbym nic przeciwko gdyby dziennikarze dokonywali metodycznych analiz, porównań czy po prostu komentowali bieżące wydarzenia. Czuję się jednak nieswojo, kiedy ludzie, którzy w zamyśle powinni oceniać stan naszego państwa czy polityki bawią się we wróżenie z fusów. Oto przykłady:

Dziennikarz 1: „Umówmy się, Jarosław Kaczyński jest jedynym, a co za tym idzie najlepszym kandydatem na prezydenta”

Umówić to się można z kolegą pod kinem o 15:00. Co do tego, że Jarosław Kaczyński jest najlepszym kandydatem nie ma najmniejszej wątpliwości. Zważywszy na fakt, że Prawo i Sprawiedliwość innego kandydata nie wskazało.

Dziennikarz 2: „Będą to bardzo ważne wybory, gdyż w nich Polacy pokażą jakiej władzy chcą naprawdę: silnej, opartej na patriotycznych ideałach czy słabej, na usługach obcych mocarstw, prawda

Kłamstwo. Ostatnie lata przyniosły szereg wydarzeń, począwszy od wyborów w 2007, poprzez referenda odwołujące prezydentów poszczególnych miast a skończywszy na wyborach w tym roku. Mam dziwne przeczucie, że w tym roku kampania wyborcza będzie wyjątkowo nieprzyjemna, co w połączeniu ze zrozumiałym zmęczeniem Polaków przyniesie wyjątkowo niską frekwencje. A co za tym idzie odbierze to wyborom 2010 rangę ważności.

Dziennikarz 3: „Kampania przebiegnie wyjątkowo spokojnie ze względu na szacunek dla ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, tak?”

Nie. Kampania przebiegnie wyjątkowo spokojnie bo jeden z kandydatów nie będzie miał nic konkretnego do zaoferowania. Drugi nie będzie obecny, tylko za pośrednictwem szefowej swojego sztabu będzie starał się coś przekazać, a trzeci będzie się chwalił, jak bardzo zna się na Facebooku i Twitterze.

Te trzy magiczne słowa: umówmy się, prawda oraz tak ze znakiem zapytania sprawiają, że zastanawiam się czy kampania prezydencka naprawdę się zaczęła czy tylko tkwi ona gdzieś w umysłach dziennikarzy? Odkąd poza awanturami o podpisy ustaw, audycje radiowe dwóch komików czy propozycje internetowych bruderszaftów żaden z kandydatów nic konkretnego nie przedstawił przypuszczam, że tak właśnie jest.

Peace out!

sobota, 01 maja 2010
poczytaj trochę

poczytaj troche chomsky'ego

Propozycja na długi weekend (źródło: thedailywh.at)

czwartek, 29 kwietnia 2010
solidarni na main street
Jestem szczególnie wyczulony na trzy rzeczy. Wciskanie kitu, pociskanie pierdół i narzucanie ideologii. Dwie pierwsze nie wymagają wyjaśnienia. Narzucanie ideologii natomiast kojarzy mi się z wyjątkowo natrętnym domokrążcą, który chodząc od drzwi do drzwi próbuje usilnie sprzedać nowy zestaw garnków czy leczniczą kołdrę. Jeżeli ktoś mi wmawia, że kupując jedyny w swoim rodzaju odkurzacz, dzięki któremu stanę się piękniejszy oraz bogatszy sprawia, że automatycznie zamykam mu drzwi przed nosem. Takie oto porównanie nasunęło mi się po zapoznaniu się z  "dokumentem" Solidarni 2010. Jeszcze przed obejrzeniem filmu pomyślałem sobie, że bez względu jaką opcję polityczną reprezentują autorzy filmu dobrze się stało, że zostanie pokazany głos main street. Przecież ktoś wybrał tragicznie zmarłego prezydenta. Wszyscy ci ludzie, którzy głosowali na Lecha Kaczyńskiego mają prawo wyrazić swój żal. Nawet jeżeli jest on przepełniony wściekłością. Inną rzeczą jest to, że kiedy usłyszałem tytuł Solidarni miałem nadzieję, że zobaczę ludzi solidarnych, czyli w moim odczuciu połączonych w bólu bez względu na preferencje polityczne. No cóż. Zobaczyłem, co zobaczyłem. Domokrążce z kamerą, który sprzedaje ludziom zestaw do masażu bez załączonej instrukcji obsługi.
W czasie oglądania filmu wysnułem kilka wniosków:
Po pierwsze: żyjemy, w kraju okupowanym, bez własnej tożsamości. Rząd jest tylko marionetką w rękach jakiegoś nieokreślonego tworu (coś, co można by określić jako hybrydę Rosjan, GW i Grzegorza Miecugowa).
Po drugie: jedyne, co nam pozostaje to zacząć robić zapasy mąki, ryżu oraz wody. Koniecznie musimy zakupić agregaty prądotwórcze.
Po trzecie: Jan Pośpieszalski jest kiepskim propagandzistą. Jego film stanowi doskonały przykład, że nie należy powierzać takich rzeczy, jak kręcenie materiałów mających w jakiś sposób oddziaływać na ludzi byłym muzykom. Dr Goebbels byłby niepocieszony.
Jakoś ciężko mi uwierzyć, że te wszystkie sugestie i domniemania o zamachu, krwi na rękach i bierności polskiego rządu mają jakieś realne uzasadnienie. O wiele łatwiej potrafię sobie wyobrazić pseudo-militarne bojówki, krążące po miastach i zaczepiające "niepoprawnie" wyglądających obywateli. Potrafię sobie wyobrazić ubrane w piaskowe koszule grupy ludzi, pytające się przypadkowych przechodniów o preferencje polityczne, a w przypadku "niepoprawnej" odpowiedzi dające w mordę.
Chociaż wtedy mielibyśmy przynajmniej czystą sytuację.
Peace out!
11:49, nie_mam_zdania
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010
kampania prezydencka na main street

Będę głosował na Jarosława Kaczyńskiego. Podjąłem tę decyzję tuż po tym, jak opublikował list, w którym ogłasza start w wyborach prezydenckich. Jakież było moje zadowolenie, że oto na moich oczach dokonuje się zmierzch Polski podzielonej. W końcu nie będzie Polski, która stała razem z ZOMO i Polski solidarnej. Polska liberalna usiądzie przy stole z Polską "moherowej koalicji". Wszystko to zawiera się w stwierdzeniach "mamy obowiązek wypełnić Ich (ofiar katastrofy pod Smoleńskiem)  testament" oraz "wszystkich, którzy chcą kontynuować dzieło ofiar smoleńskiej tragedii (...) wzywam do współpracy". Kto nie wierzy niech sam sprawdzi. Jarasłow Kaczyński deklaruje, że podjemie się dokończenia walki ś.p. Izabeli Jarugi-Nowackiej o równe prawa mniejszości seksualnych. Deklaruje, że wypełni polityczną wolę ś.p. Sebastiana Karpiniuka i Jerzego Szmajdzińskiego. Deklaruje, że na sztandarach jedności, dla dobra Polski będzie ubiegał się o urząd Prezydenta RP. Got mit uns. Jeżeli tego nie zrobi okaże się cynicznym kłamcą, który próbuje ugrać trochę punktów na tragedii z 10 kwietnia. Tylko i wyłącznie.

Peace out!

 

12:44, nie_mam_zdania
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
nawyki na main street

Jest jedna rzecz, która mnie zastanawia. Nie drażni, nie wprawia w zakłopotanie tylko zwyczajnie zastanawia. Chodzi o masową konsumpcje piwa w środkach komunikacji miejskiej między godziną szóstą a dziewiątą. Cały czas mam w pamięci ciąg scen z przystanku autobusowego, których byłem świadkiem. Jest luty, środek tygodnia, godzina 7:35. Na dworze temperatura przy której jedyne, co można robić to stać nieruchomo i modlić się, o przyjazd autobusu (który potem i tak okazuje się nieogrzewany). W pewnym momencie zaważam czterech, zupełnie sobie nieznanych, mężczyzn, którzy jeden po drugim zaczynają otwierać puszki z piwem. Css, css, css, css. Słodki Jezu na niebie! Na dworze jest tak zimno, że rząd już dawno powinien zarządzić obowiązkową reglamentację ciepłej herbaty. Jak coś takiego można wytrzymać? Czy ci ludzie posiedli jakąś tajemną wiedzę, która pozwala im spożywać zimny alkohol w tempurze przy, której tylko niedźwiedzie polarne dobrze się czują? I nie mówię tutaj o marginesie społecznym. Co ciekawe ci ekstremalni smakosze chmielu to byli (są) zazwyczaj zwyczajni ludzie: pracownicy hut, budowlańcy. Chryste, może nawet kierowcy. Normalni, szarzy obywatele próbujący jakoś dopchać ten wózek do końca. Najgorsze nie jest jednak to, że mamy okazję obserwować kolejny etap powiększania sie tolerancji społeczeństwa polskiego. Nigdy nie byłem świadkiem, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na tego typu proceder. Kto wie, może za jakiś czas ludzie zaczną się onanizować obok ciebie, w spokoju czytającego Metro. Może już to robią? Kto wie? Pewnie i tak nikogo to nie będzie obchodzić. Najgorsze jest to, że zniknął mój ostatni bastion, gdzie mogłem się spokojnie wyspać w drodze do pracy. Reduta spokoju runęła w oparach trawionego chmielu. I dobrze wiem, że będzie jeszcze gorzej. W końcu idzie lato. A jak mawia klasyk: "Main street jeszcze nigdy nie zawiodła".

Peace out!

sobota, 24 kwietnia 2010
żałoba na main street

Dwie rzeczy:

Jakiś czas temu, kiedy w USA wybuchł kryzys ekonomiczny, w mediach pojawił sie fajny termin main street vs. wall street. Mianem main street określano zwykłych ludzi, Joe Plumberów, którzy ucierpieli na wałach kręconych przez białe kołnierzyki, które to z kolei nazwano wall street. Co rusz słychać było w relacjach zza oceanu polityków amerykańskich deklarujących, jak ważni są dla nich zwykli mieszkańcy main street. Deklaracje poparte kosmicznymi "zapomogami" dla podupadających banków ale to już inna historia.

Od jakiegoś czasu spotykam się z różnego rodzaju opiniami jak spisały się media podczas trwającej milion lat żałoby narodowej. Redaktorzy w studiach rozwodzą się godzinami czy media powinny być tatusiem głaszczącym po główce czy zimną machiną informacyjną pozbawioną uczuć. Zapraszani są socjologowie, specjaliści od mediów i bóg jeden wie kto jeszcze. Osobiście nie mam nic przeciwko tego typu dyskusjom. Znajduję niesamowitą przyjemność w słuchaniu, jak polskie media są chlastane za całkowity brak profesjonalizmu.

Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że tego typu rozmowy całkowicie mijają się z celem. Z jednej, prostej przyczyny: całkowicie pomija się, co ludzie sądzą na ten temat. Poza internetowymi komentarzami nie słyszałem w mediach ani jednej opinii Janka Hydraulika, co on sądzi na temat trwającej tydzień depresji narodowej.

A prawda wygląda tak, że main street zwyczajnie miała media i ich płaczliwe transmisje głęboko w poważaniu. Najgorszym problemem było dla nich to, że kupiony w piątek 9 kwietnia program TV się zdeaktualizował. Jednym słowem problemem był fakt, że 2 zł poszło się... Po 11 kwietnia najważniejszym pytaniem nie było "Co z tą Polską?" ale, co z tymi 2 złotymi, które wydałem nieświadom nadchodzącej niespodzianki.

Także moja konkluzja brzmi: zamiast pociskać pierdoły o terapeutyczno-spowiedniczej roli mediów lepiej niech eksperci zajmą się poważniejszym problemem. Co zrobić, żeby program TV w obliczu tragedii pozostał dalej aktualny? Gdyż tylko to naprawdę się w życiu liczy.

Peace out!

 
1 , 2